
Mój ulubiony film Bergmana to "Tam gdzie rosną poziomki" (1957). Miałem szczęście obejrzeć go w jednym bloku tematycznym obok "Przejrzeć Harry'ego" Woody Allena. Ten kojarzony ze specyficznym, neurotycznym poczuciem humoru Nowojorczyk oddał hołd i na nowo opowiedział film z 1957 roku. W obydwu filmach mamy do czynienia z pewną formą kina drogi, gdzie bohater poddaje analizie swoje życie. Sukcesy w życiu zawodowym (u Bergmana bohater jest naukowcem, u Allena - pisarzem) nie idą w parze z życiem prywatnym. Pojawia się też promyk nadziei, nie wszystko zostało stracone, a relacje rodzinne nie zawsze były złe. Ciężko mi jednoznacznie odpowiedzieć czy opowiedziana klasycznymi środkami filmowymi historia Bergmana byłaby strawna dla 18-latka jakim byłem, gdyby nie Allen. Później widziałem wiele "Bergmanów", ale prawie żaden nie dorównał temu podwójnemu seansowi (wyjątkiem był rewelacyjny "Fanny i Aleksander"). Musiałem czekać 15 lat, by kolejny klasyk Bergmana wyrwał mnie z butów. I nie obyłoby się to znowu bez pomocy Woody Allena.
Jest to część większego tekstu. Ciąg dalszy w następnych postach.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz