piątek, 12 kwietnia 2013
Elita zabójców (2011) reż. Gary McKendry
Ciężko jest pisać o filmie, który zrealizowany jest poprawnie, zagrany też porządnie przez znanych i lubianych aktorów, a jednak tak w nim zgrzyta, że aż zęby bolą. Ciężko nawet podać powód owych zgrzytów - po prostu coś nie gra i tyle. Postaram się jednak nad tym zastanowić ku przestrodze tych, co filmu nie widzieli, jak i dla tych, co film znają i chcą sobie nad rozlanym mlekiem popłakać. Oto mamy suche informacje: film trwa 2 godziny, jest oparty na faktach i opowiada o zabójcach. Jeśli film sensacyjny ma ciekawą fabułę i postaci z którymi można się utożsamić, to czas projekcji jest znośny, jednak w tym wypadku to jest grubo za dużo. Z autentycznej historii na pewno pozostał jakiś skromniutki zarys, który można streścić w zdaniu: Tajne organizacje rządowe współpracują z gildiami zrzeszającymi zabójców. Ot, nowinka. A my zmuszeni jesteśmy kibicować Jasonowi Stathamowi w roli zabójcy, który chcąc zerwać ze swoim niesławnym zawodem musi jeszcze trochę pozabijać. I co w tym wszystkim robi De Niro, którego postać jest parodią bohatera, którego ten zasłużony aktor zagrał w "Gorączce". Z wyżej wymienionych powodów filmu nie można znaleźć w Biblio.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Elegancko, dzięki, nie zmarnuję około 118 minut życia :).
OdpowiedzUsuń